czwartek, 15 lipca 2010

Geodeta, kosa, drzewko no name, wielkie cięcie

czwartek, 15 lipca 2010 · 2 komentarze

Dziś kosiłam trawę: ale udało mi się zaledwie 1/3, posiałam osełkę, gdzieś w tych chaszczach, a na koniec kosa była już tak tępa, że raczej łamała łodygi samosiejek i pokrzyw. Poniżej zdjęcie przed i po koszeniu. Mojej nowej kosy nie rozdziewiczyłam ponieważ nikt nie wie jak ją wyklepać, więc pożyczyłam od pewnego uprzejmego pana.






Dzwonił dziś do mnie geodeta: nie tylko po moich interwencjach, ale także po nękaniu go przez właściciela działki tj, mojego ojca. Zadzwonił tylko po to by powiedzieć, że wychodzi nie 30 a 23 ary z hakiem, więc trzeba dosztukować z tej drugiej części, ale on najpierw uda się do urzędu (w poniedziałek) i będzie negocjował z urzędnikiem. A czemu jako 30 arów? Gdyż tak niby miało być najszybciej z tego względu iż ziemia rolna, czy to sad, czy łąka, czy pole musi mieć minimum 30 arów. A gdyby ojciec chciał mi dać mniejszy kawałeczek to na terenie wiejskim do innych celów, 2 razy trzeba będzie występować z papierkoladą do urzędu ojciec jako właściciel, a potem ja jako właściciel już po przepisie.

Zmiana koncepcji w ogrodzie: żaden kaskadowy modrzewiowy żywopłot jak planowałam wcześniej, tylko ściana z nadzwyczajnego drzewa. Rośnie sobie, ma nadzwyczajną korę, a zimą wygląda demonicznie wręcz. Jak już nie ma liści powala ta kora, jest doprawdy cudna. Drzewo rozrasta się jak szalone, więc odpowiednio duży rów wykopię i zabezpieczę by rozsady nie wchodziły na trawnik. A co zrobię z tego drzewa? Ścianę! Najpierw stelaż do którego uwiążę gałęzie rozsadów i przycinając 2 razy w roku wyjdzie mi mur nie do przebicia. Zimą piękna plątanina poharatanych gałęzi, latem gęstwina liści... a rośnie liść na liściu i liścia pogania, tak, że doprawdy ciężko dostać się do gałęzi. Zdjęcia: pierwsze kora i liście w z bliska, drugie zdjęcie teraz, w całej okazałości, trzecie zdjęcie to jedyne, jakie posiadam bez liści, gdzieś porą wiosenną, wykonał mi małżonek.







W sobotę wycinamy wszystkie drzewka owocowe, tj. ojciec będzie wycinał, ja będę nosić gałęzie, a... i mam obiecane, że nauczę się posługiwać spalinową piłą, wreszcie coś dla ducha;)

I jeszcze znalazłam w pewnym garażu fajną oprawkę i fajną do niej żarówkę, tylko że 400 W. Producent Tesla i pamięta jeszcze Czechosłowację. A poniżej zdjęcie dwóch fajnych taborecików, pierwszy ma świetny stelaż, drugi... miałam identyczne krzesło obrotowe, z odlewaną żeliwną nogą i jeszcze z oparciem. Nie wiem gdzie się podziało:/ Taborety zalegają w osiedlowej pralni/suszarni. Ciekawe okazy krzeseł są po starych, jeszcze nie remontowanych szpitalach takich jak ten lubański... tylko jak stać się szczęśliwym posiadaczem takiego krzesła co cała przekrojówka owych jest wystawiona przed gabinetami lekarskimi? Wie ktoś?



komentarze

2 Responses to "Geodeta, kosa, drzewko no name, wielkie cięcie"
Mili pisze...
16 lipca 2010 10:49

Nareszcie dotarłam do Ciebie. Z wielka przyjemnościa będe zaglądąła i sledziła jak stodoółka zmienia się w domek. jestem niezmiernie ciekawa i nie ukrywam, że po ciuchu zazdroszczę tego przedsięwzięcia.
Ja zachwycam się starymi młynami i w takim chętnie zamieszkałabym. Ale to tylko marzenia

pozdrawiam cieplutko i życzę owocnej pracy


Sarenzir pisze...
18 lipca 2010 20:57

Kurczak już drugi raz pisałam komentarz i zamiast dać wyślij zamknęłam okienko.. :) to chyba ten upał :) Papierkowe sprawy trwają strasznie długo, a już dorwać wolnego budowlańca czy geodetę w sezonie... :) Tragicznie dużo zleceń i zwykle pierwszeństwo maja Ci najbardziej upierdliwi ,więc nękanie to była dobra decyzja :)))) Pomysł z drzewem - bajkowy i będzie pasował do klimatu. Lubie takie nieoczywiste rozwiązania :)